Frýdek-Místek – Marlenka
Po długiej, bo prawie 3-letniej nieobecności wracamy – wprawdzie z nową, odświeżoną stroną, ale też ze starym, nieodpowiedzialnym podejściem do systematyczności i w sumie wszystkiego. Tym razem plan jest taki, żeby publikować tu regularnie, ale co z tego wyniknie? Tego nie wie nikt.
Na pierwszy ogień po przerwie idzie rzecz bardzo bliska memu sercu – czy może raczej podniebieniu, żołądkowi i innym organom. A mianowicie Marlenka. To znaczy miejsce, w którym jest produkowana – a miejsce to znajduje się w Czechach, w mieście Frýdek-Místek. Dlaczego warto się tam wybrać? Zapraszam na magiczną podróż do krainy kremem i miodem płynącej – przekonacie się sami.

Ale zaraz, czym właściwie jest ta cała Marlenka?
Kto jadł Marlenkę, ten wie. Kto nie jadł, spieszę z wyjaśnieniem.
W klasycznym wydaniu Marlenka to przepyszne miodowe ciasto, które składa się z kilku cienkich blatów przełożonych kremem. Dodatkowo jest posypane orzechami. Brzmi prosto, ale właśnie w prostocie drzemie ogromna siła. Jeśli nie wierzycie mi na słowo, spróbujcie sami.
No a dlaczego akurat Marlenka? Aby to zrozumieć, musimy trochę pogrzebać w historii. Ale tylko trochę.
Dlaczego Marlenka? Rzut oka na historię
Firma, która dziś produkuje Marlenkę, zaczęła swoją działalność w Czechach w 2003 roku. Korzenie samego ciasta sięgają jednak znacznie głębiej i dalej – bo aż do IV wieku w Armenii, gdzie było nazywane “cudem z miodu” (“Miracle from Honey”). I jest to nazwa wielce adekwatna.
Założyciel Marlenki, pan Gevorg Avetisjan, po przybyciu do Czech zaczął razem ze swoją siostrą wypiekać pierwsze ciasta zgodnie z tajnym, rodzinnym przepisem, przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Miał ku temu solidne podstawy – na przełomie XIX i XX wieku jego pradziadek prowadził w Konstantynopolu sklep ze słodkościami, które cieszyły się bardzo dużą popularnością.
Wróćmy jednak do samej Marlenki. Jak to się stało, że ciasto otrzymało akurat taką nazwę? Powód jest bardzo prosty – założyciel miodowego imperium nazwał je tak na cześć swojej córki.
Pierwsze torty powstawały w zwykłym mieszkaniu. Wkrótce jednak biznes został przeniesiony do pierwszej oficjalnej siedziby we Frýdku-Místku. Produkcja szybko się rozwijała, a liczba pracowników rosła. Po jakimś czasie pojawiła się więc potrzeba znalezienia kolejnej lokalizacji. A potem znów kolejnej. Ostatecznie w 2008 roku rozpoczęła się budowa fabryki na obrzeżach miasta. Przedsięwzięcie zakończono w 2009 roku, a nowa siedziba służy Marlence do dziś.
Później było już tylko lepiej. W 2010 roku zmieniło się logo, w 2014 pojawiło się pierwsze centrum dla gości, a w 2021 otwarto sklep i kawiarnię. Firma przez cały rozszerzała też swoją ofertę. I właśnie tu warto na chwilę się zatrzymać.


Po co w ogóle jechać do Marlenki?
Do tej pory tekst mógł wydawać się trochę niejasny. No bo fajnie, ciasto dobre, historia ciekawa, super, ale jak to się ma do podróżowania? Po co jechać do jakiejś fabryki? Już wyjaśniam.
Jak wspomniałam przed chwilą, przy fabryce działa centrum dla gości (teraz już zmodernizowane), kawiarnia i sklep. Zobaczymy tam także wystawę naprawdę imponujących tortów. Możliwe jest również zwiedzanie, w ramach którego dostajemy nie tylko opowieść o historii Marlenki, ale też rzut oka na linię produkcyjną i, co najważniejsze, degustację. Do spróbowania jest kilka smakołyków i kawa. Można też skosztować odrobinę armeńskiej brandy (z tego co pamiętam, za dodatkową opłatą). Goście otrzymują także rabat na zakupy w sklepie i w kawiarni, ważny w dniu zwiedzania.


Całość jest zorganizowana naprawdę sensownie, ale umówmy się, najważniejsze są ciasta! A te nie zawodzą. Po zwiedzaniu warto zajrzeć do kawiarni, zjeść coś jeszcze i napić się kawy z tygielka, a potem udać się do sklepu i zrobić zapasy. Marlenka ma w swojej ofercie nie tylko klasyczne torty, ale też między innymi napoleonki, snacki oblane czekoladą, rolady i cudowne, wspaniałe, doskonałe kuleczki. Trudno opisać, czym są, ale spróbuję – to mięciutkie, rozpływające się w ustach ciasteczka z kremem w środku, słodkie, zalepiające, po prostu pyszne. Najlepiej spróbować i przekonać się samemu. W sklepiku znajdziemy też miody, alkohole, a nawet syropy do kawy, świeczki i wiele więcej.

A gdy już całkiem się zalepimy i słodkości uderzą nam do głowy, możemy iść się przewietrzyć do Lesoparku, czyli leśnego parku. To świetne miejsce na spacer – jest tuż za rogiem, więc nawet jeżeli z kawiarni się wytoczymy, nie musimy toczyć się daleko. A warto tam zajrzeć – jest naprawdę urokliwie. Drzewa, staw, drewniane rzeźby, kaczki, wiewiórki, sarenki – takie klimaty. Park jest też przyjazny pieskom, a dla dzieci przewidziano plac zabaw. Dla każdego coś dobrego.



Informacje praktyczne – jak to wszystko zorganizować?
Jeśli chcemy tylko wypić kawę, zrobić zakupy i spędzić trochę czasu w parku, nie musimy czynić żadnych szczególnych przygotowań. Po prostu przyjeżdżamy i korzystamy.
Sklep jest czynny codziennie od 9:00 do 18:00, a kawiarnia od niedzieli do czwartku od 09:00 do 19:00 a w piątek i sobotę od 09:00 do 20:00. Przed wyjazdem warto oczywiście sprawdzić godziny otwarcia na stronie Marlenki albo w Google Mapsach (sklep i kawiarnia) – coś może się zmienić, a nie chciałabym wprowadzić nikogo w błąd. Wstęp do parku jest darmowy. Obok siedziby Marlenki znajduje się duży parking, więc raczej nie powinno być problemu z zostawieniem samochodu.
A co ze zwiedzaniem? Można kupić bilet i zarezerwować wszystko przez internet – a konkretnie tutaj. Aby cała impreza się odbyła, musi zebrać się określona liczba osób – jeśli się to nie uda, organizator podobno daje znać z wyprzedzeniem.


Gotowi na miodowe szaleństwo?
Ja mam to niezwykłe szczęście, że samochodem do Marlenki zajadę w niecałą godzinę. Jeśli masz równie blisko (albo i bliżej), to nie wahaj się, jedź, próbuj, odkryj tę miodową perłę. A jeżeli masz dalej, to cóż – może i tak kiedyś się uda? Naprawdę, naprawdę warto.
A jak już trafisz do Marlenki, to przy okazji poświęć trochę więcej czasu i spróbuj zwiedzić Frýdek-Místek. To ciekawe miasto, godne zobaczenia. Ale o tym może innym razem. Do następnego!
PS Marlenka nie zapłaciła mi za reklamę, ja za cienki Bolek na takie współprace. Po prostu polecam z serduszka, bo odkąd pierwszy raz spróbowałam tych cudownych miodowych kuleczek, nie jestem w stanie o nich zapomnieć. Myślę o nich w dzień, śnię o nich w nocy. No, wiecie, o co chodzi.
Skomentuj