Zamek Chojnik
Czołem! Dziś zdobędziemy razem zamek. I to nie byle jaki, ale taki, który nigdy nie został zdobyty przez człowieka. Pokonała go dopiero natura. Mowa o Zamku Chojnik w Jeleniej Górze – przejdziemy jego murami, poznamy historię kapryśnej Kunegundy, sprawdzimy, co słychać w Piekielnej Dolinie i wprosimy się na imprezę do trzech wiernych strażników. A to tylko niektóre z atrakcji! Szykujcie oręż i ruszamy.

Zamek, którego nie zdobył człowiek, ale pokonał piorun
Chojnik to całkiem nieźle zachowany zamek (no, bardziej jego ruiny) położony na szczycie skalistego wzgórza o takiej samej nazwie. Jego początki są dość tajemnicze – nie mamy zbyt wielu pewnych informacji na ten temat. Można trafić na hipotezy, że pierwotnie istniał w tym miejscu gród plemienia Bobrzan.
Co wiadomo na pewno? W drugiej połowie XIII wieku Bolesław Łysy-Rogatka wzniósł tam drewniany dwór myśliwski, który następnie został rozbudowany przez Bolka I Surowego. W XIV zastąpiono go już właściwym zamkiem, wzniesionym z inicjatywy księcia Bolka II. Twierdza była niewielka, ale położenie na skalistym wzgórzu znacznie utrudniało jej zdobycie.
Po śmierci Bolka II zamek trafił w ręce rodu Schaffgotschów i należał do nich już do końca swojego istnienia (z krótką przerwą). Na przestrzeni lat nowi właściciele rozbudowali go, dodając między innymi kaplicę, dodatkowe dziedzińce, stajnie, wieżę z lochem głodowym i kamienny pręgierz.
Solidna, niedostępna twierdza sprawiła, że Schaffgotschowie czuli się bardzo pewnie. Podczas wojen husyckich bez większego skrępowania łupili okoliczną ludność i kupców podążających szlakiem handlowym.
Przez cały czas swojego istnienia zamek Chojnik pozostawał niezdobyty. Dlaczego zatem dziś wygląda, jak wygląda? Ano dlatego, że w 1675 roku uderzył w niego piorun i wybuchł pożar. Twierdza spłonęła, a właściciele nie podjęli się jej odbudowy. I tak budowla popadła w ruinę. Gdzie człowiek nie podołał, bez problemu poradziła sobie natura.
Ruiny szybko stały się celem wycieczek kuracjuszy przyjeżdżających do Cieplic. W 1822 roku w murach zamkowych otwarto gospodę, a w 1860 roku powstało tam schronisko i izba muzealna. Po II wojnie światowej trwały prace konserwacyjne, a twierdza do dziś cieszy się sporym zainteresowaniem turystów. Z ciekawszych informacji mogę jeszcze wspomnieć, że przy zamku działa Bractwo Rycerskie.

Jak dotrzeć do Zamku Chojnik? Wejście czarnym szlakiem z Sobieszowa
Jako że Zamek Chojnik znajduje się na wzgórzu, aby go odwiedzić, trzeba się troszkę powspinać. Na szczyt prowadzą różne trasy, ale ja zaproponuję Wam przyjemną pętlę z jeleniogórskiej dzielnicy Sobieszów – to chyba najpopularniejszy wariant. No, to ruszamy!
Zostawiamy samochód na jednym z kilku pobliskich parkingów i kierujemy się do kasy, gdzie kupujemy bilety do Karkonoskiego Parku Narodowego (uwaga – aby zwiedzić zamek, na górze trzeba będzie kupić jeszcze dodatkowe wejściówki).
Następnie docieramy do rozdroża i musimy wybrać, w którą stronę pójdziemy dalej. My wybieramy szlak czarny, który jest bardziej stromy, ale też wyjątkowo ciekawy. Jeśli nie chcecie się wspinać, możecie wybrać łatwiejszy wariant – czerwony. My nim wrócimy.

Idziemy zatem czarnym szlakiem i po chwili docieramy do Zbójeckich Skał. Skąd taka nazwa? Prawdopodobnie pochodzi ona od znajdującej się nieopodal Zbójeckiej Groty. W lokalnych podaniach takie trudno dostępne miejsca często przedstawiano jako kryjówki rabusiów. Pasuje to również do historii zamku i jego dawnych właścicieli, którzy napadali na kupców i okoliczną ludność.
Po drodze trafimy też na jaskinię Dziurawy Kamień. Podobno można do niej wejść, przejść nią około 20 metrów, a następnie wyjść na powierzchnię kilkumetrowym kominem. Jeśli jednak nie piszecie się na takie atrakcje, nie ma problemu. Szlak jest wytyczony tak, aby ominąć jaskinię – i my skorzystaliśmy z tej opcji.


Następnie trzeba się jeszcze trochę powspinać, aż trafimy na miejsce, w którym szlak czarny łączy się z czerwonym. Trafimy tutaj na charakterystyczny Skalny Grzyb. To granitowa skała, której niecodzienny kształt jest efektem wielu, wielu lat działania wiatru, deszczu i mrozu. Gdy się na nią napatrzymy, ruszamy dalej na górę. Po drodze mijamy jeszcze bardzo przyjemny punkt widokowy i wreszcie docieramy do zamku.



Zwiedzanie Zamku Chojnik
Chojnik zwiedzamy indywidualnie, nie mamy narzuconej grupy ani przewodnika. Przed wejściem kupujemy bilety i wchodzimy do środka.


Jednym z najciekawszych miejsc, jakie zobaczymy podczas zwiedzania, jest dziedziniec zamku dolnego. Znajdziemy tutaj kamienny pręgierz, pozostałości zabudowy mieszkalnej i gospodarczej, miejsce dawnej sali sądowej i baszty włączone w system murów. Możemy też usiąść na chwilę na ławeczkach i posłuchać nagrania opowiadającego o historii Chojnika. Co jakiś czas gra też bardzo klimatyczna muzyka. Wystarczy zamknąć oczy albo spojrzeć w górę, na mury, aby choć na chwilę przenieść się w czasie – nawet jeśli tylko w wyobraźni. 😉




Będąc na dziedzińcu, warto też zejść schodkami i zajrzeć do piwnicy. Znajduje się tam ekspozycja z trzema szkieletami siedzącymi przy stole. Według opowieści, są to trzej lojalni strażnicy, którzy przy beczce piwa przysięgli, że nie opuszczą tego miejsca, dopóki Chojnik będzie stał. I tak sobie siedzą i imprezują. Podobno beczka została przeklęta, dlatego piwo nigdy się nie kończy – chociaż, czy ja wiem, czy to takie przekleństwo? 😉 Strażnicy nadal pełnią wartę, a co 100 lat podczas pełni księżyca podobno ma być słychać uderzenia kufli i śmiech.

Inne ciekawe rzeczy, jakie zobaczymy, to na przykład pozostałości kaplicy św. Jerzego i św. Katarzyny, dawnej kuchni i międzymurza. Możemy też przespacerować się po fragmencie ganku biegnącego przy murach i wejść na wieżę, z której rozpościerają się przepiękne widoki na okoliczne góry i miasta. Schody są bardzo wąskie, ale podoba mi się sposób, w jaki rozwiązano ten problem – obowiązuje tam ruch jednokierunkowy, wchodzi się jedną stroną, a schodzi drugą. Dzięki temu droga się nie korkuje i nie trzeba czekać, aż ktoś wejdzie albo zejdzie.
Zamek Chojnik warto zwiedzać spokojnie, nie pędzić przed siebie. Przyjrzeć się układowi pomieszczeń, posiedzieć na dziedzińcu, popodziwiać widoki. Po prostu wczuć się w ten klimat. 😉
Na terenie zamku znajduje się też karczma, ale my akurat z niej nie skorzystaliśmy – zraziły nas słabe opinie w internecie.



Powrót czerwonym szlakiem
Gdy już przejdziemy zamek wzdłuż i wszerz, trzeba będzie jeszcze wrócić na dół. Jak wspomniałam wcześniej, my zdecydowaliśmy się na powrót do Sobieszowa czerwonym szlakiem. Nie jest on moim zdaniem tak atrakcyjny, jak czarny, ale na zejście będzie w sam raz. Idziemy spokojnie kamienistą drogą, po drodze mijamy ławeczki i malownicze skałki, a po około 30 minutach jesteśmy już na dole.

Legendy o Zamku Chojnik
Nie byłabym sobą, gdybym nie przytoczyła jeszcze kilku legend. A tak się składa, że na temat Zamku Chojnik jest ich sporo.
Najpopularniejsza legenda mówi o dumnej Kunegundzie, która postawiła bardzo nietypowy warunek dla potencjalnych kandydatów do swojej ręki. Ogłosiła, że wyjdzie tylko za śmiałka, który w pełnej zbroi objedzie konno zamkowe mury. Dopóki panna była młoda i atrakcyjna, zalotników nie brakowało. Wszyscy jednak ginęli, spadając w dolinę. Lata mijały, a Kunegunda, już nie tak piękna, zaczęła popadać w desperację. Niespecjalnie chciała zostać starą panną. Wreszcie, pewnego dnia na zamku zjawił się dzielny, przystojny rycerz, któremu udało się wykonać zadanie. Odrzucił jednak Kunegundę – oświadczył, że podjął próbę tylko po to, aby pomścić śmierć swoich poprzedników. Po tym wszystkim zrozpaczona panna rzuciła się w przepaść.
Istnieją też inne zakończenia tej legendy. Jedno z nich mówi, że rycerzem był diabeł, który porwał Kunegundę. Inne twierdzi, że dziewczyna wstąpiła do klasztoru, a jeszcze inne, że do końca życia została samotna i pokutowała za swoje czyny. Jak było naprawdę? Tego nie wie nikt, ale mówi się, że w księżycowe noce zamkowe mury nadal objeżdża duch jednego z nieszczęsnych śmiałków. Aż dziw, że mu się tak chce. Mógłby dołączyć do trzech strażników imprezujących w piwnicy i zapomnieć o sprawie.

Inna legenda opowiada o dzielnym rycerzu Baltazarze Szafranku. Podobno w 1241 roku Tatarzy, którzy wracali po bitwie pod Legnicą, zaatakowali twierdzę na Chojniku. Bronił jej właśnie Baltazar Szafranek ze swoją drużyną i okoliczną ludnością. Udało im się odeprzeć najazd, a ciała poległych napastników zrzucili w przepaść. Na pamiątkę tych wydarzeń nazwano to miejsce Piekielną Doliną. Podobno przez kolejne stulecia słyszano tam odgłosy bitwy, jęki rannych i rżenie ginących koni.
Mam nadzieję, że nie macie jeszcze dość legend, bo dopiero się rozkręcam. Mówi się, że podczas jednej z książęcych uczt na szczycie zamkowej baszty ustawiono złoty puchar wypełniony winem. Miała to być nagroda dla śmiałka, któremu uda się wspiąć na wieżę po jej zewnętrznej stronie. Książę zapowiedział, że zwycięzca będzie mógł wznieść toast za zdrowie swojej ukochanej i otrzyma puchar na własność. Przez dłuższy czas nikomu się nie powiodło. Wreszcie na ochotnika zgłosił się paź Chyła. Szybko wspiął się na basztę, chwycił puchar i oznajmił, że kocha księżną. No skandal. Następnie rzucił się w przepaść i dołączył do Tatarów w Piekielnej Dolinie.

To może jeszcze jedna legenda? Już ostatnia, obiecuję. Tak się składa, że dawno temu pan Chojnika stwierdził, że chce pozostawić po sobie jakieś naprawdę imponujące dzieło, takie, jakiego nikt wcześniej nie stworzył. No i wymyślił, że będzie to ogromny most – “od zamku aż na szczyt Żarów”. Tylko kto mu coś takiego zbuduje? Okazja nadarzyła się dość szybko – do zamku przybył diabeł, który bardzo liczył na kolejną duszę do kolekcji. Pan Chojnika chętnie zawarł z nim pakt – most miał stanąć w ciągu jednej nocy. Czart postawił tylko jeden warunek: w trakcie pracy nie mógł zapiać żaden kogut. Władca kazał więc wybić wszystkie koguty w okolicy. Nie przewidział jednak, że kucharka zlituje się nad jednym starym ptakiem i ukryje go w swojej pierzynie. W nocy kogut wydostał się z kryjówki, i, jak można się spodziewać, radośnie zapiał. Cały misterny plan diabli wzięli. Niedokończony most runął, zasypując Piekielną Dolinę głazami.



Garść informacji praktycznych
Nie będę Was już zanudzać legendami. Zanim się pożegnamy, przekażę tylko kilka cennych informacji, które warto znać przed wycieczką.
Po pierwsze, parkowanie. W okolicy wyjścia na szlak w Sobieszowie znajduje się sporo płatnych parkingów. Wystarczy poszukać na Google Maps. My akurat parkowaliśmy przy jednej z restauracji, a konkretnie tutaj.
Po drugie, bilety. Kiedy to piszę, wejściówki do Karkonoskiego Parku Narodowego kosztują 11 zł (normalny) lub 5,50 zł (ulgowy) – tak przynajmniej podaje oficjalna strona internetowa. Z kolei za wejście do zamku zapłacimy odpowiednio 15 zł lub 8 zł. Trzeba jednak liczyć się z tym, że coś może się zmienić. Godziny otwarcia zależą od konkretnego miesiąca – przed wyjazdem warto sprawdzić na stronie.
Po trzecie, czas przejścia. Wejście na zamek czarnym szlakiem zajmuje około 45 minut, a zejście czerwonym – około 30 minut (czas jest liczony od kasy Karkonoskiego Parku Narodowego i z powrotem, trzeba jeszcze doliczyć kilka minut na dojście na parking). Na całą pętlę ze zwiedzaniem trzeba więc przeznaczyć około 2-3 godzin.
No i po czwarte, warto mieć dobre buty i trochę kondycji. Podczas wspinaczki możemy się zziajać, a teren jest nierówny i zdradliwy. Trzeba uważać zwłaszcza po deszczu, gdy kamienie bywają śliskie.

I to by było wszystko ode mnie na dzisiaj. Widzimy się pewnie za tydzień. Jeszcze nie wiem, dokąd Was zabiorę, ale postaram się zaproponować coś ciekawego. Do zobaczenia!
Skomentuj